poniedziałek, 18 września 2017

Prolog - Formalności

1 | skomentuj
Słońce przypiekało bardziej niż chcieliby tego mieszkańcy wsi. Wszyscy byli zajęci swoimi sprawunkami, a przynajmniej udawali, że właśnie tak było. Każdego wędrowca zbywali warknięciem lub gonili psami. Również i Anya jeszcze dziesięć minut temu przeskakiwała przez płoty w nadziei, że ostre kły jakiegoś kundla nie pokonają jej skórzanych spodni. Była przepełniona nadzieją, bo właśnie tego nauczyło ją życie. A teraz? Znajdowała się w miejscu, którego nazwy nawet nie potrafiła wymówić. Co gorsza, zmierzała do miejsca, którego położenia dokładnego nie znała. A jakby tego było mało, to dziewczyna grosza przy duszy nie posiadała. 
 — Devaria Dakota? — Usłyszała za sobą. Odwróciła się w mig, będąc pełną podziwu, że w jej kościstym ciele odnalazła jeszcze trochę energii.
Jakiś mężczyzna rozmawiał z chłopem, który nieprzyjaźnie wymachiwał widłami. Komuś udało się w końcu zwrócić na siebie uwagę mieszkańców. Tylko dlaczego jej się nie udało? Najpewniej dlatego, że mężczyzna wyglądał lepiej od niej. A może i dlatego, że przy jego pasku wisiała sporawa sakiewka ze złotem. Tak czy siak, zmierzał on najprawdopodobniej do tego samego miejsca co ona, do Devarii Dakoty! 
 — Toć kierunek zmylił, to nie w tę stronę jest — wymamrotał tubylec. 
 — Jeszcze wieś temu mi mówili, że dobrze idę — mężczyzna postawnie rozbudowany potrząsnął pełną sakwą, aż monety zabrzęczały. Akurat w tym samym momencie oczy wieśniaka zaszkliły się z podniecenia.
 — Ale po co do wielkiego miasta, u nas w oberży też jadło i napitki są — podparł się wygodnie pod płotem — a tam to tylko kradną i w mordę można dostać. 
Anya nieco się speszyła, gdy dosłyszała, że w Devarii może dostać w mordę. W końcu w mordę boli prawie najbardziej. Jeszcze między nogami słyszała, że bywa nienajlepiej, ale ona w tym żadnego doświadczenia akurat nie miała. 
 — Panie, ja mam proste pytanie i oczekuję prostej odpowiedzi — podróżnik zdenerwował się nieco i poczerwieniał na twarzy — albo do kogo innego pójdę.
 — Dobrze idzie — odpowiedział mu w końcu po długim namyśle, ale żeby nie było, swoje trzy grosze musiał wcisnąć — to ten trakt, cały czas prosto, ale mi pola nie deptać! 
W podzięce, młody człowiek położył mu jedną, ślicznie lśniącą monetę na dłoni. Ten ją złapał, ugryzł i wyszczerzył się.
Anya nigdy podobnych rzeczy nie widziała. Ale po prostu uznała, że człowiek ten głodował już wystarczająco długo to i na pierwsze lepsze świecidełko się rzuci.
Nim się obejrzała to podróżnik zniknął z zasięgu jej wzroku. Szybki był, jakby koniem się urodził. 
Ruszyła krętą drogą. Co dziwniejsze, po drodze oprócz drzew i krzewów objedzonych z owoców, widziała tylko jeden wóz z koniem. Jeden jedyny! Czyżby Devaria Dakota była aż tak niepopularnym miejscem? A może po prostu droga była jedną z wielu? Zaraz miała się przekonać, gdyż znajdowała się przy wejściu do miasta.
W bramie stał strażnik. Ubrany był w ciężką zbroję, co było dla niej dosyć dziwaczne w obecną pogodę. Ale już dawno postanowiła sobie, że ludzi po ubiorze oceniać nie będzie. Zobaczyła bramę, to oznacza, że mechanizm jest prosty. Przejść pod bramą! A jednak nie. Zatrzymało ją stalowe ramię.
 — Czego? — Spytał groźnie, aż dziewczynie tchu zabrakło. 
 — Do miasta chciałam wkroczyć — Wyjąkała żałośnie. Chyba mu się nie spodobało, bo zmarszczył brwi i sapnął agresywnie. 
 — Ten kraj znajduje się w stanie wojny, rozumie to panienka?
 — No wiem przecież, jak mogłabym nie zauważyć? — Wyszczerzyła się do niego szeroko, jednak chyba nie podziałało. Za to przyszedł drugi strażnik, złapał ją pod pachę i zaprowadził do pierwszego budynku od wejścia. 
Budynek z zewnątrz był szarawy, raczej nieciekawy. W środku był czerwony dywan, ubłocony, ale dalej zbyt majestatyczny jak dla Anyi. Strażnik otworzył przed nią drzwi, które z pewnością tęskniły za farbą. Weszła do pomieszczenia posłusznie, usadowiła się na krześle, które wskazywał mężczyzna za biurkiem. W tym samym momencie strażnik wyszedł i została sam na sam z człowiekiem w okularach. Był grubszy, wzrok miał znudzony, nos duży i czerwony. W rękach jakąś kartkę i pióro. Spojrzał na nią parą brązowych oczu i wymamrotał:
 — Imię?
 — Że moje? — Anya nieco się speszyła. Nie spodziewała się przesłuchania tak szybko.
 — Przecież swoje znam.
 — Anya Misza — Odpowiedziała dumnie prostując się tak, że krzesło pod nią prawie pękło. Miało w końcu już swoje lata. 
 — Wiek? 
 — Przecież to niegrzeczne — wywróciła oczami, jednak wiedziała, że nie obędzie się bez tej odpowiedzi — z tego co pamiętam to 17. 
 — Z tego co panienka pamięta?
 — Już dawno przestałam liczyć. 
Mężczyzna starał się zignorować tą odpowiedź, jednak westchnięcie przepełnione zażenowaniem samo cisnęło się mu na usta. 
 — Zawód?
 — Ludzie czasem mówią, że jestem łotrem — mruknęła — ale ja osobiście siebie nie uważam.
 — Miejsce — przerwał sobie na soczyste ziewnięcie — urodzenia?
Anya poczuła się zdezorientowana. Niby doskonale wiedziała gdzie i w jaki sposób przyszła na świat, ale nie uważała tego za powód do dumy. Postanowiła więc zmyślić ten jeden mały fakt. 
 — Azyria to miejsce gdzie mnie poczęto, urodzono i wychowano. Stamtąd też mnie wygnano...
 — Wygnano? — Chłopina zainteresował się nieco, ale nie na tyle, ażeby przerywać formalności — Rasa?
 — Oczywiście, że człowiek z krwi i kości. To chyba widać — Oburzyła się niezwykle i złapała pod biodra.
 — Panienko, ja tutaj elfa z odgryzionym uchem widziałem, nie mnie oceniać — odpowiedział beznamiętnie.
 — Oczy — spojrzał na nią i sam odpowiedział na swoje pytanie — brązowe, a włosy czarne. No, to wszystko. Sio mi stąd.
Skoro wygonił to i wyszła, a co miała zrobić. Zamknęła drzwi po ludzku, buty w dywan wytarła i wyszła na ulice.
No i udało się, Devaria Dakota. Była w mieście. Pierwsze zadanie wykonane. Teraz zostało jej tylko zabić władcę stolicy tego kraju. Co miałoby być w tym trudnego?