Słońce przypiekało bardziej niż chcieliby tego mieszkańcy wsi. Wszyscy byli zajęci swoimi sprawunkami, a przynajmniej udawali, że właśnie tak było. Każdego wędrowca zbywali warknięciem lub gonili psami. Również i Anya jeszcze dziesięć minut temu przeskakiwała przez płoty w nadziei, że ostre kły jakiegoś kundla nie pokonają jej skórzanych spodni. Była przepełniona nadzieją, bo właśnie tego nauczyło ją życie. A teraz? Znajdowała się w miejscu, którego nazwy nawet nie potrafiła wymówić. Co gorsza, zmierzała do miejsca, którego położenia dokładnego nie znała. A jakby tego było mało, to dziewczyna grosza przy duszy nie posiadała.
— Devaria Dakota? — Usłyszała za sobą. Odwróciła się w mig, będąc pełną podziwu, że w jej kościstym ciele odnalazła jeszcze trochę energii.
Jakiś mężczyzna rozmawiał z chłopem, który nieprzyjaźnie wymachiwał widłami. Komuś udało się w końcu zwrócić na siebie uwagę mieszkańców. Tylko dlaczego jej się nie udało? Najpewniej dlatego, że mężczyzna wyglądał lepiej od niej. A może i dlatego, że przy jego pasku wisiała sporawa sakiewka ze złotem. Tak czy siak, zmierzał on najprawdopodobniej do tego samego miejsca co ona, do Devarii Dakoty!
— Toć kierunek zmylił, to nie w tę stronę jest — wymamrotał tubylec.
— Jeszcze wieś temu mi mówili, że dobrze idę — mężczyzna postawnie rozbudowany potrząsnął pełną sakwą, aż monety zabrzęczały. Akurat w tym samym momencie oczy wieśniaka zaszkliły się z podniecenia.
— Ale po co do wielkiego miasta, u nas w oberży też jadło i napitki są — podparł się wygodnie pod płotem — a tam to tylko kradną i w mordę można dostać.
Anya nieco się speszyła, gdy dosłyszała, że w Devarii może dostać w mordę. W końcu w mordę boli prawie najbardziej. Jeszcze między nogami słyszała, że bywa nienajlepiej, ale ona w tym żadnego doświadczenia akurat nie miała.
— Panie, ja mam proste pytanie i oczekuję prostej odpowiedzi — podróżnik zdenerwował się nieco i poczerwieniał na twarzy — albo do kogo innego pójdę.
— Dobrze idzie — odpowiedział mu w końcu po długim namyśle, ale żeby nie było, swoje trzy grosze musiał wcisnąć — to ten trakt, cały czas prosto, ale mi pola nie deptać!
W podzięce, młody człowiek położył mu jedną, ślicznie lśniącą monetę na dłoni. Ten ją złapał, ugryzł i wyszczerzył się.
Anya nigdy podobnych rzeczy nie widziała. Ale po prostu uznała, że człowiek ten głodował już wystarczająco długo to i na pierwsze lepsze świecidełko się rzuci.
Nim się obejrzała to podróżnik zniknął z zasięgu jej wzroku. Szybki był, jakby koniem się urodził.
Ruszyła krętą drogą. Co dziwniejsze, po drodze oprócz drzew i krzewów objedzonych z owoców, widziała tylko jeden wóz z koniem. Jeden jedyny! Czyżby Devaria Dakota była aż tak niepopularnym miejscem? A może po prostu droga była jedną z wielu? Zaraz miała się przekonać, gdyż znajdowała się przy wejściu do miasta.
W bramie stał strażnik. Ubrany był w ciężką zbroję, co było dla niej dosyć dziwaczne w obecną pogodę. Ale już dawno postanowiła sobie, że ludzi po ubiorze oceniać nie będzie. Zobaczyła bramę, to oznacza, że mechanizm jest prosty. Przejść pod bramą! A jednak nie. Zatrzymało ją stalowe ramię.
— Czego? — Spytał groźnie, aż dziewczynie tchu zabrakło.
— Do miasta chciałam wkroczyć — Wyjąkała żałośnie. Chyba mu się nie spodobało, bo zmarszczył brwi i sapnął agresywnie.
— Ten kraj znajduje się w stanie wojny, rozumie to panienka?
— No wiem przecież, jak mogłabym nie zauważyć? — Wyszczerzyła się do niego szeroko, jednak chyba nie podziałało. Za to przyszedł drugi strażnik, złapał ją pod pachę i zaprowadził do pierwszego budynku od wejścia.
Budynek z zewnątrz był szarawy, raczej nieciekawy. W środku był czerwony dywan, ubłocony, ale dalej zbyt majestatyczny jak dla Anyi. Strażnik otworzył przed nią drzwi, które z pewnością tęskniły za farbą. Weszła do pomieszczenia posłusznie, usadowiła się na krześle, które wskazywał mężczyzna za biurkiem. W tym samym momencie strażnik wyszedł i została sam na sam z człowiekiem w okularach. Był grubszy, wzrok miał znudzony, nos duży i czerwony. W rękach jakąś kartkę i pióro. Spojrzał na nią parą brązowych oczu i wymamrotał:
— Imię?
— Że moje? — Anya nieco się speszyła. Nie spodziewała się przesłuchania tak szybko.
— Przecież swoje znam.
— Anya Misza — Odpowiedziała dumnie prostując się tak, że krzesło pod nią prawie pękło. Miało w końcu już swoje lata.
— Wiek?
— Przecież to niegrzeczne — wywróciła oczami, jednak wiedziała, że nie obędzie się bez tej odpowiedzi — z tego co pamiętam to 17.
— Z tego co panienka pamięta?
— Już dawno przestałam liczyć.
Mężczyzna starał się zignorować tą odpowiedź, jednak westchnięcie przepełnione zażenowaniem samo cisnęło się mu na usta.
— Zawód?
— Ludzie czasem mówią, że jestem łotrem — mruknęła — ale ja osobiście siebie nie uważam.
— Miejsce — przerwał sobie na soczyste ziewnięcie — urodzenia?
Anya poczuła się zdezorientowana. Niby doskonale wiedziała gdzie i w jaki sposób przyszła na świat, ale nie uważała tego za powód do dumy. Postanowiła więc zmyślić ten jeden mały fakt.
— Azyria to miejsce gdzie mnie poczęto, urodzono i wychowano. Stamtąd też mnie wygnano...
— Wygnano? — Chłopina zainteresował się nieco, ale nie na tyle, ażeby przerywać formalności — Rasa?
— Oczywiście, że człowiek z krwi i kości. To chyba widać — Oburzyła się niezwykle i złapała pod biodra.
— Panienko, ja tutaj elfa z odgryzionym uchem widziałem, nie mnie oceniać — odpowiedział beznamiętnie.
— Oczy — spojrzał na nią i sam odpowiedział na swoje pytanie — brązowe, a włosy czarne. No, to wszystko. Sio mi stąd.
Skoro wygonił to i wyszła, a co miała zrobić. Zamknęła drzwi po ludzku, buty w dywan wytarła i wyszła na ulice.
No i udało się, Devaria Dakota. Była w mieście. Pierwsze zadanie wykonane. Teraz zostało jej tylko zabić władcę stolicy tego kraju. Co miałoby być w tym trudnego?
— Devaria Dakota? — Usłyszała za sobą. Odwróciła się w mig, będąc pełną podziwu, że w jej kościstym ciele odnalazła jeszcze trochę energii.
Jakiś mężczyzna rozmawiał z chłopem, który nieprzyjaźnie wymachiwał widłami. Komuś udało się w końcu zwrócić na siebie uwagę mieszkańców. Tylko dlaczego jej się nie udało? Najpewniej dlatego, że mężczyzna wyglądał lepiej od niej. A może i dlatego, że przy jego pasku wisiała sporawa sakiewka ze złotem. Tak czy siak, zmierzał on najprawdopodobniej do tego samego miejsca co ona, do Devarii Dakoty!
— Toć kierunek zmylił, to nie w tę stronę jest — wymamrotał tubylec.
— Jeszcze wieś temu mi mówili, że dobrze idę — mężczyzna postawnie rozbudowany potrząsnął pełną sakwą, aż monety zabrzęczały. Akurat w tym samym momencie oczy wieśniaka zaszkliły się z podniecenia.
— Ale po co do wielkiego miasta, u nas w oberży też jadło i napitki są — podparł się wygodnie pod płotem — a tam to tylko kradną i w mordę można dostać.
Anya nieco się speszyła, gdy dosłyszała, że w Devarii może dostać w mordę. W końcu w mordę boli prawie najbardziej. Jeszcze między nogami słyszała, że bywa nienajlepiej, ale ona w tym żadnego doświadczenia akurat nie miała.
— Panie, ja mam proste pytanie i oczekuję prostej odpowiedzi — podróżnik zdenerwował się nieco i poczerwieniał na twarzy — albo do kogo innego pójdę.
— Dobrze idzie — odpowiedział mu w końcu po długim namyśle, ale żeby nie było, swoje trzy grosze musiał wcisnąć — to ten trakt, cały czas prosto, ale mi pola nie deptać!
W podzięce, młody człowiek położył mu jedną, ślicznie lśniącą monetę na dłoni. Ten ją złapał, ugryzł i wyszczerzył się.
Anya nigdy podobnych rzeczy nie widziała. Ale po prostu uznała, że człowiek ten głodował już wystarczająco długo to i na pierwsze lepsze świecidełko się rzuci.
Nim się obejrzała to podróżnik zniknął z zasięgu jej wzroku. Szybki był, jakby koniem się urodził.
Ruszyła krętą drogą. Co dziwniejsze, po drodze oprócz drzew i krzewów objedzonych z owoców, widziała tylko jeden wóz z koniem. Jeden jedyny! Czyżby Devaria Dakota była aż tak niepopularnym miejscem? A może po prostu droga była jedną z wielu? Zaraz miała się przekonać, gdyż znajdowała się przy wejściu do miasta.
W bramie stał strażnik. Ubrany był w ciężką zbroję, co było dla niej dosyć dziwaczne w obecną pogodę. Ale już dawno postanowiła sobie, że ludzi po ubiorze oceniać nie będzie. Zobaczyła bramę, to oznacza, że mechanizm jest prosty. Przejść pod bramą! A jednak nie. Zatrzymało ją stalowe ramię.
— Czego? — Spytał groźnie, aż dziewczynie tchu zabrakło.
— Do miasta chciałam wkroczyć — Wyjąkała żałośnie. Chyba mu się nie spodobało, bo zmarszczył brwi i sapnął agresywnie.
— Ten kraj znajduje się w stanie wojny, rozumie to panienka?
— No wiem przecież, jak mogłabym nie zauważyć? — Wyszczerzyła się do niego szeroko, jednak chyba nie podziałało. Za to przyszedł drugi strażnik, złapał ją pod pachę i zaprowadził do pierwszego budynku od wejścia.
Budynek z zewnątrz był szarawy, raczej nieciekawy. W środku był czerwony dywan, ubłocony, ale dalej zbyt majestatyczny jak dla Anyi. Strażnik otworzył przed nią drzwi, które z pewnością tęskniły za farbą. Weszła do pomieszczenia posłusznie, usadowiła się na krześle, które wskazywał mężczyzna za biurkiem. W tym samym momencie strażnik wyszedł i została sam na sam z człowiekiem w okularach. Był grubszy, wzrok miał znudzony, nos duży i czerwony. W rękach jakąś kartkę i pióro. Spojrzał na nią parą brązowych oczu i wymamrotał:
— Imię?
— Że moje? — Anya nieco się speszyła. Nie spodziewała się przesłuchania tak szybko.
— Przecież swoje znam.
— Anya Misza — Odpowiedziała dumnie prostując się tak, że krzesło pod nią prawie pękło. Miało w końcu już swoje lata.
— Wiek?
— Przecież to niegrzeczne — wywróciła oczami, jednak wiedziała, że nie obędzie się bez tej odpowiedzi — z tego co pamiętam to 17.
— Z tego co panienka pamięta?
— Już dawno przestałam liczyć.
Mężczyzna starał się zignorować tą odpowiedź, jednak westchnięcie przepełnione zażenowaniem samo cisnęło się mu na usta.
— Zawód?
— Ludzie czasem mówią, że jestem łotrem — mruknęła — ale ja osobiście siebie nie uważam.
— Miejsce — przerwał sobie na soczyste ziewnięcie — urodzenia?
Anya poczuła się zdezorientowana. Niby doskonale wiedziała gdzie i w jaki sposób przyszła na świat, ale nie uważała tego za powód do dumy. Postanowiła więc zmyślić ten jeden mały fakt.
— Azyria to miejsce gdzie mnie poczęto, urodzono i wychowano. Stamtąd też mnie wygnano...
— Wygnano? — Chłopina zainteresował się nieco, ale nie na tyle, ażeby przerywać formalności — Rasa?
— Oczywiście, że człowiek z krwi i kości. To chyba widać — Oburzyła się niezwykle i złapała pod biodra.
— Panienko, ja tutaj elfa z odgryzionym uchem widziałem, nie mnie oceniać — odpowiedział beznamiętnie.
— Oczy — spojrzał na nią i sam odpowiedział na swoje pytanie — brązowe, a włosy czarne. No, to wszystko. Sio mi stąd.
Skoro wygonił to i wyszła, a co miała zrobić. Zamknęła drzwi po ludzku, buty w dywan wytarła i wyszła na ulice.
No i udało się, Devaria Dakota. Była w mieście. Pierwsze zadanie wykonane. Teraz zostało jej tylko zabić władcę stolicy tego kraju. Co miałoby być w tym trudnego?
Looking to Sell Used Electrical Equipment Buyers in San Antonio TX
OdpowiedzUsuń? Connect with trusted buyers who offer fair prices and fast transactions. Whether it’s industrial machinery, transformers, or electrical tools, get the best value for your equipment today. Hassle-free, reliable, and local buyers are ready to make your sale easy.